Dlaczego mieszkam w Roscommon?

Leżąc niedzielnym popołudniem na łące, patrząc w pędzące wysoko chmury, zastanawiałam się, dlaczego właściwie mieszkam w Roscommon? Moje myśli krążyły pomiędzy: mam trzydzieści lat i chce wreszcie spokoju, a mam trzydzieści lat i jeszcze wszystko przede mną. Organizując sobie życie tak jak ja to zrobiłam, tzn.: garstka przyjaciół, ta sama praca od 1,5 roku, nic niekosztujący samochód, mieszkanie w centrum, bez większych ekscesów, tylko ja, komputer, moje pasje i wierny chłopiec; właśnie tak mogłabym żyć wszędzie. Więc co takiego trzyma mnie w tym mieście, które zwiedzi można w zaledwie pół godziny? Po pierwsze takie tam wewnętrzne sprawy. Jako zodiakalna lwica, niespokojny duch i wielbiciel kina bardzo lubiłam otwiera i zamykać kolejne etapy życiowe. Wydaje mi się to trochę śmieszne, ale było tak też, dlatego, że moimi ulubionymi scenami w filmach były te ze słowami: I oto kolejny rozdział mego życia! Gdy padały te słowa ciarki przechodziły mi po plecach i już w głowie miałam kolejny pomysł na mój osobisty rozdział: a to na przykład rzucałam aktualnego faceta, a to pracę a to wymieniałam zwierzę w domu. Wracając do tematu, właśnie tu w Roscommon uświadomiłam sobie bezsensowność takiego postępowania. Wyobraźcie sobie trzydziestostronicową książkę, która składa się z trzystu rozdziałów! Nonsens! I właśnie, dlatego postanowiłam, że rozdział pt. Marta w Roscommon będzie miał milion stron.( No może przesadziłam, ale na pewno kilkanaście!) Po drugie, oczywiście znów powód osobisty, podoba mi się bardzo stare chińskie czy japońskie przysłowie:, jeśli nie umiesz tego pokonać to się przyłącz! Głównie mam na myśli tutaj dwie sprawy: praca i język. Jeśli chodzi o pracę to bardzo często się irytuję a wynika to z różnego sposobu pracy Polaków i Irlandczyków. Nie mam na myśli tutaj kwestii lepiej czy gorzej. Po prostu inaczej. W innym tempie, innym sposobem, z innej motywacji. Fakt, że w pracy spędza się prawie połowę życia sprawia, że bardzo często myślę sobie: nie, nie, nie to nie moje miejsce, wracam, skąd przybyłam. Ale wtedy ( patrz też powód pierwszy) dochodzę szybko do wniosku, że przecież jestem tu i muszę nauczyć się nowych reguł, bo na przykład inaczej zwariuję. I okazuję się, że jeśli przyłączę się do tego, czego nie jestem w stanie pokonać dni upływają milej. No i oczywiście ten problem z językiem. Im dłużej mieszkam w Irlandii, tym bardziej zdaję sobie sprawę jak niewiele umiem. Jednak przebywając wciąż z tymi samymi ludźmi czuję się lepiej. Oni po prostu już wiedzą, że wcale nie jestem nienormalna tylko mam problemy z angielskim. Po trzecie. Mam takie nieodparte wrażenie, że to miasto stoi właśnie przed swoją wielką szansą. Widzę w nim wiele możliwości. Chciałabym być przy tym i oczywiście przyłożyć do tego rękę: jak takie tam Roscommon ze środkowej Irlandii ogłasza wszem i wobec, że istniej. Brzmi to trochę na wyrost? Nie szkodzi. Nie chodzi mi o to by przeniesiono tu stolicę. Ale o to by zachowując swój prowincjonalny klimacik stało się bardziej atrakcyjne dla nas i dla przyjezdnych. By przestało być tylko przystankiem łączącym wschód z zachodem. A stało się tym: no wiesz Roscommon, to właśnie tu